Przyjechać w styczniu do Pernambuco, to jak w lipcu do Juraty albo w sierpniu do Palermo, albo bardziej nawet, bo tu i wakacje, i karnawał, czyli wspaniała okazja do rodzinnych wyjazdów – mama, tata, dzieci, minimum dwie babcie, jeden dziadek, kilku wujków i cioć, każdy ze swoją gromadką. W porównaniu do spotykanych tu rodziców, wyglądam jak babcia swojego dziecka, którą przeca mogłabym być. Spotykamy ich na plaży oraz na śniadaniu, jeśli korzystają ze wspólnego stołu. Czy on wciąż szwedzkim jest, to nie sądzę, bo niby dlaczego.
Po wiekach niedojadania, nowe stulecie tłustym i zachłannym jawi mi się tu – jak okiem sięgnąć wielkie niezdrowe żarcie. Wystarczy się na chwilę zatrzymać, a cholesterolowe bomby uliczni sprzedawcy podają wprost do uchylonych okien miejskich autobusów, gdyby ktoś nie zdążył się zaopatrzyć w którymś z kiosków na przystanku.
Jeśli chłopiec, to z piłką. Kreśli patykiem boisko na plaży i kopie, aż przypływ rozbije zabawę, zabierając przy okazji morze plastikowych butelek, puszek i szeleszczących papierków po czipsach, chrupkach, lodach i innych frykasach, z czego najzdrowszy jest orzeszek. W karmelu.
Jeśli dziewczynka, to nie wiem. Powiedzmy, że z nadwagą.
Ciągły szum. Ocean szumi na wciąż, klimatyzacja w nocy, a przez całą dobę jakaś muzyka, np. z głośników samochodu, zaparkowanego pod tarasem, co by milej się siedziało. No i świerszcze, też szeleszczą.
Moja córka trzech lat jeszcze nie ma, a ja już odczuwam tę frustrację generacyjną – na mnie pies z kulawą nogą uwagi tu nie zwróci, za to za Olgą się oglądają starzy i młodzi. Niektórzy to i po włosach pogładzą, co doskonale rozumiem, bo i mi samej trudno oprzeć się dotknięciu czarnych loków loczków zakręconych. Chętnie bym zamieniła też słowo, ale bez portugalskiego to raczej niemożliwe, niestety. (Pyton nauczył się nawet hiszpańskiego, no i został z nim jak…)
Po popołudniowej drzemce znowu na plażę, a tam niebo niby jeszcze niebieskie, ale chmury już złote, potem czerwone, aby zaraz księżyc pojawił się centralnie nad głową. „Czy on nie spadnie, mamo?”
Zmrok zapada momentalnie, po czym zapalają się lampki na choinkach. Sztuczny świecący świerk w salonie, a w ogrodzie hamak, palmy i fikusy. W spożywczaku klimatyzacja, a przy wejściu święty Mikołaj w czerwonym płaszczu. Poza tym, jako i klienci, czarny. Niech żyje bal!
***
W stanie Alagoas z kolei, chłopaki kopią piłkę już gdzie popadnie. Orliki stanowią dwa patyki. Strzelają do nich na placyku, pod mostem, na wysepce, między szałasami faveli. Potem szybko do morza rzeki cienia i znowu na boisko. To żywioł jest.
Deus e fiel, czyli trzy kościoły na jednej ulicy. Łatwo je poznać, bo świeżo malowane, choć czasem nie różnią się od sąsiadujących sklepów z częściami do motocykli albo z częściami kurczaków. Sklep drobiarski „Dobry Jezus”, stacja benzynowa „Święta rodzina”, autobus „Bóg to złoto”, można się przyzwyczaić. „Bóg jest wiarą” widziałam też na ścianie jednego z milionów szałasów, na obrzeżu wielkiego miasta. Ciekawe w co i jak wierzą tu najbogatsi, którzy jak wszędzie stanowią mniejszość, ale jak nigdzie od najuboższych dzieli je najgłębsza w świecie otchłań, większa niż w Indiach. Jedyną wspólną przestrzenią jest (dzięki Bogu!) plaża. Z tą tylko różnicą, że na tę dla bogaczy trudniej się dostać, ale jest to możliwe. Nam się udało, przez dziurę w murze.
Żiselda gotuje świetnie, choć 'kuchnia wege stanowiła dla niej wyzwanie’. Tak powiedziała, a mąż przetłumaczył. Z portugalskiego na angielski, choć jego ojczystym jest niderlandzki. Osiem lat temu wybrał się na wakacje, z których już nie wrócił. Żiselda mówiła, że gdy cztery lata temu rodziła ich pierworodnego Malicka, na porodówce czuła się trochę nie na miejscu – jedyna po trzydziestce wśród nastolatek. Aborcja tu jest nielegalna, legalna sterylizacja należy się kobiecie, która ma już przynajmniej dwoje dzieci i ćwierć wieku na karku (w latach dziewięćdziesiątych jedna z partii obiecała w kampanii darmową sterylizację, wygrała wybory i słowa dotrzymała). Szacunki mówią o milionie nielegalnych aborcji rocznie (2004r.); jakieś osiemdziesiąt milionów dzieci widzieliśmy do tej pory. Dzieci, dzieci, dzieci! I jeszcze raz dzieci.
Przysuwam drewniane krzesło do stołu, aby spożyć Żiseldy kolację, i nie mogę. Robię wdech, uginam nogi i próbuję znowu. Udało się! Aha, drewno egzotyczne (a niby jakie ma być?). O, stół też. I podłoga, i ława, i wszystkie belki. Solidne i ciężkie, z tysiącletnich drzew z lasów Amazonii. To, że drzewa te są teraz jakoś wykorzystywane, to i tak humanitarny sukces. Wcześniej lasów deszczowych nie wycinano (eksploatacja drewna była zbyt kosztowna – odległości!), a po prostu palono. Dlaczego? Aby po zrobić miejsce pod uprawy. Czego? Roślin. Na co? Na pasze. Dla kogo? Dla zwierząt hodowlanych. Po co? Żeby człowiek mógł zjeść swoje ulubione mięso. Jaki człowiek? Człowiek rozumny? Na pewno niewspółczujący pali lasy, a z nimi ponad jedną trzecią znanych nauce gatunków roślin, 520 gatunków ssaków, 1600 gatunków ptaków /…/ 10 milionów gatunków owadów. Hekatomba? Raczej. Po co? Aby zwolnione miejsce zajęła soja, którą zjedzą świnie lub krowy. Na chwilę przygnębia mnie ta świadomość, lecz wnet nadchodzi kolejna, co ją uwielbiam – świadomość, że zaraz zaspokoję ogromny głód. I oto widzę, co Żiselda zapodaje – na drewniany blat wjeżdżają po kolei: kisz ze szpinakiem, sałatka z papają, mus z mango (z drzewa obok), pudding z chleba (tego, co się zestarzał w kuchni) oraz świeży sok z nie wiem czego. Co za ulga…
Rano znowu do oceanu basenu rzeki, bo zanim słońce stanie w zenicie prawie, już trzydzieści stopni będzie. W cieniu, o który trudniej tu niż o słońce nad Bałtykiem. Olga kąpie się najpierw z tatą, potem z mamą, potem zmiana, następnie wszyscy razem. Nie ma na nią mocnych, nie chce z wody wychodzić. Z jednej strony się cieszę, że taką radość sprawia jej się kąpanie, z drugiej trochę martwią mnie te błony pławne, co się między paluszkami pojawiły i zaczątek skrzeli pod łopatkami. Z trzeciej strony nie chcę być nadopiekuńcza, więc odpuszczam.
Co piękne jest, to skala. Na prawie 200 milionów obywateli, pali tu dwadzieścia osób, z czego poznaliśmy trzy. Nieosobiście, bo nie ma jak zagadać, w dodatku nikt za bardzo uwagi na nas nie zwraca, co jeszcze piękniejsze jest. Tylko do Olgi się śmieją, i słusznie. Nie wiem, czy dobrze to widzę, ale wydaje mi się, że wyglądamy jak nieco bielsi Brazylijczycy. Ilu Brazylijczyków, tyle karnacji, od bardzo gorzkiej czekolady do słabej kawy z mlekiem, czyli nieskończona ilość przejść tonalnych. Ja widziałabym się gdzieś tak na szarym końcu tych przejść, przy wyjściu raczej, a Pyton twierdzi, że gębę mam słowiańską i żadna opalenizna tego nie ukryje.
Nie ukrywam, to dość wspaniałe wakacje tu są. Pozdrowienia z hamaka.
***
Do zobaczenia na macie – zajęcia już trwają – namaste,
Bodzia Matulaniec